środa, 11 lutego 2026

Referendum to nie wojna. To konstytucyjne „sprawdzam”.

Referendum lokalne nie jest aktem wrogości wobec władzy.

Nie jest buntem, awanturą ani próbą destabilizacji gminy.

Jest legalnym, konstytucyjnym narzędziem kontroli społecznej, które ustawodawca oddał w ręce obywateli właśnie na wypadek kryzysu zaufania.

Na wypadek sytuacji, w której dialog przestaje działać.

Dlatego tak niepokojące jest to, co dziś dzieje się wokół referendum w Kalwarii Zebrzydowskiej. Nagonka zamiast rozmowy.

Członkowie komitetu referendalnego nie ukrywają się.

Pełnomocnik został ujawniony oficjalnie – zgodnie z prawem.

Mimo to stał się obiektem publicznych ataków, wyśmiewania, podważania wiarygodności.                         Nie merytorycznie. Personalnie. To nie jest debata.                                                                                               To klasyczny mechanizm zniechęcania: uderzyć w ludzi, nie w argumenty.   

Równolegle rozpuszczane są plotki, jakoby burmistrz „wzywał na dywanik” osoby, które podpisały listy poparcia. NIEPRAWDA.

To narracja absurdalna – burmistrz nie ma i nie może mieć dostępu do list.                                           Jej jedyną funkcją jest wzbudzenie strachu: „lepiej się nie wychylać”.

Tak właśnie wygląda miękka forma zastraszania społecznego.                                                                        Nie przez decyzje administracyjne, lecz przez plotkę i atmosferę niepewności.   

     

                                       

Głos spoza gminy – cisza, gdy chodzi o własne podwórko.

W debacie przeciwko referendum wyjątkowo aktywne są osoby spoza gminy Kalwaria Zebrzydowska.

Zdarza się, że głośno sprzeciwiają się lokalnej inicjatywie, jednocześnie nie wykazując żadnego zainteresowania referendami organizowanymi… we własnych miastach.

To rodzi pytanie fundamentalne: kto i na jakiej podstawie rości sobie prawo do pouczania mieszkańców Kalwarii, jak mają korzystać z własnych praw obywatelskich?

Mieszkańcy nie są bezwolną masą. Mają rozum, dostęp do informacji i prawo do samodzielnej decyzji – także tej niewygodnej dla władzy.

Milczenie władzy, krzyk jej zaplecza

Burmistrz publicznie ograniczył się do stwierdzenia, że „nikt nie przyszedł z nim rozmawiać”.

Poza tym – brak stanowiska.

Brak wyjaśnień.

Brak próby dialogu.

Jednocześnie jego sympatycy w komentarzach: wyzywają zwolenników referendum od „idiotów” i „debili”, publikują wypowiedzi o charakterze zastraszającym, formułują sugestie, które można interpretować jako groźby.

To nie są incydenty. To klimat, który powstaje wtedy, gdy władza formalnie milczy, ale nieformalnie pozwala, by inni mówili za nią językiem agresji.

Referendum jako żółta kartka. Referendum nie jest jeszcze werdyktem. Jest żółtą kartką. Sygnałem ostrzegawczym, że zaufanie społeczne zostało nadwyrężone.

Być może właśnie teraz nadszedł moment refleksji – tej, do której burmistrz często wzywa mieszkańców, mówiąc: „proszę mi wierzyć”.

Zaufanie nie rodzi się jednak z próśb.

Zaufanie rodzi się z przejrzystości, dialogu i odpowiedzialności.


Zwłaszcza gdy: rządy oparte są na zadłużaniu gminy, konsekwencje finansowe będą ponosić nie tylko obecni mieszkańcy, ale i kolejne pokolenia, a merytoryczne argumenty strony obywatelskiej znajdują potwierdzenie w dokumentach, nie w emocjach.

Jeśli wszystko jest w porządku Burmistru– po co ten strach?

Jeżeli władza jest tak pewna swojego mandatu, racji i „blasku”, to skąd: nerwowość, manipulacja, deprecjonowanie faktów, próby ośmieszania obywateli?

Przecież nikt dziś nie zna wyniku referendum.

Społeczeństwo ma jedynie prawo zapytać: czy na pewno wszystko idzie w dobrą stronę? I dokładnie po to referendum istnieje. Nie po to, by burzyć. Nie po to, by obrażać. Nie po to, by straszyć.

Ale po to, by powiedzieć władzy: sprawdzam.


PS. nasz lokalny „celebryta” przewodniczący Stowarzyszenia Jana Pawła II mocno zaangażował się w zbieranie podpisów w Krakowie i jakby tego było mało to ogłosił że pojechał do Krakowa odwołać prezydenta. Tu u nas dzieje się historia i tu nasz „lokalny celebryta” nie widzi problemu.

Różnica na tym nie angażowaniu się w sprawę lokalną pana Tomasza to fakt, że pracuje w agendzie Tadeusza Steli?

Panie Tomaszu nie masz prawa odwoływać prezydenta tam gdzie nie mieszkasz.


https://www.facebook.com/reel/782069554910209


1 komentarz:

  1. To przecież zasada kija i marchewki .Jak się będzie angażował skoro siedzi na garnuszku władzy i czerpie też korzyści dla swojego stowarzyszenia .

    OdpowiedzUsuń