To nie wydarzyło się nagle. Nie było jednego dnia, jednego podpisu, jednej decyzji. To był proces. „Krok po kroku”.
I dziś jego skutki odczuwają mieszkańcy.
Zaczęło się od rzeczy niewybaczalnej
Nocna i świąteczna opieka medyczna w SP ZOZ Kalwarii Zebrzydowskiej – coś, co dla wielu jest ostatnią deską ratunku – po prostu zniknęła a trwała ponad 20 lat bo „stary” burmistrz się postarał a nowy nie dopilnował?
Nie dlatego, że „system tak zdecydował”.
Nie dlatego, że „nie było możliwości”.
Tylko dlatego, że ktoś zawiódł w kluczowym momencie.
Nie dopilnował. Nie zareagował. Nie naprawił.
A później – zamiast realnych działań – była przegrana walka w sądzie.
Bez efektu. Bez konsekwencji. Za to z realnymi skutkami dla ludzi.
Potem zaczęło się coś jeszcze gorszego.
Zmiana kierownictwa miała przynieść poprawę.
Zamiast tego zaczęło się systematyczne osłabianie ośrodka.
Przyjęto panią, która w kontrowersyjnych oparach przestała być dyrektorem w lecznicach w Mogilanach.
Lekarze zaczęli znikać:
jedni byli zwalniani,
inni odchodzili sami, bo nie widzieli sensu dalej pracować w takich warunkach.
A za nimi zaczęli odchodzić pacjenci.
Nie z kaprysu. Z konieczności.
Bo pacjent idzie tam, gdzie jest lekarz.
To jest brutalna prawda.
Ile to już kosztowało?
Z dostępnych informacji wynika, że od początku rządów nowej kierownik SPZOZ stracił już co najmniej kilkudziesięciu pacjentów – ludzi, którzy przestali widzieć tu dla siebie miejsce.
I to jest dopiero początek.
Każdy kolejny pacjent to:
mniejsze finansowanie, mniejsze możliwości, większe ryzyko dalszego upadku.
„Zatrudniamy nowych” – ale co z tego?
Słyszymy, że pojawiają się nowi lekarze. Ale bilans nadal jest niekorzystny, bo na minus (ubyło 3 lekarzy a zatrudniono 2). Było 2 ginekologów, odszedł 1, zatrudniono 1. Gdzie tu rozwój?
To nie jest rozwój.
To jest łatanie dziur po tych, którzy odeszli. Pamiętajmy że nadal ginekologiem jest jeden – na którego były liczne skargi i opinie nadal są w większości negatywne.
To nie poprawia sytuacji.
To tylko sprawia, że system jeszcze się nie zawalił całkowicie.
Jeszcze.
Pytania bez odpowiedzi.
Ile dokładnie pacjentów odeszło?
Jakie są realne straty?
Jaka jest sytuacja finansowa?
Brak jasnych odpowiedzi.
Unikanie konkretów.
A przecież mówimy o publicznym ośrodku zdrowia.
O pieniądzach mieszkańców.
O ich bezpieczeństwie.
Zarządzanie „na pół etatu”?
Z wyjątkowo bliskich burmistrzowi kręgów docierają informacje, które trudno zignorować:
Kierownik pracuje jednocześnie dla wielu podmiotach – zgoda burmistrza,
ma zgodę na pracę zdalną przez część tygodnia.
W czasie, gdy ośrodek:
traci lekarzy,
traci pacjentów,
traci stabilność.
Czy w takiej sytuacji można mówić o pełnym zaangażowaniu?
Czy tak wygląda zarządzanie kryzysem?
Za co płacimy nowej kierownik pełną pensję jeżeli jest dostępna fizycznie w pracy 3 dni w tygodniu ?
A rozwiązanie?
Kolejna posada
Zamiast zatrzymać odpływ ludzi,
zamiast odbudować zaufanie,
mamy plan konkursu na stanowisko – zastępcy kierownika.
Kolejne koszty? Kolejne obciążenie dla budżetu? Kolejna posada do opłacenia z naszych podatków.?
A problem? Jak był, tak jest.
Blokowany rozwój?
Pojawiają się też sygnały, że inwestycje – takie jak pracownia tomograficzna – nie mają wsparcia – pani kierownik mocno sceptyczna. Jakieś uzgodnienia były skoro środki na przygotowanie pracowni zostały wydane. Dlaczego pani kierownik tej inwestycji zaniechała?
W momencie, gdy ośrodek powinien walczyć o każdego pacjenta,
zamiast przyciągać – odstrasza?
Są pogłoski , że w takim wiejskim ośrodku nie jest potrzebne RTG – czyżby plan zamknięcia się nam szykował?
Nie potrzebne laboratorium, - wystarczy punkt poboru krwi?
Rozbudowa fizjoterapii też jest niepotrzebna?
Najgorsze jest milczenie.
Bo w tym wszystkim najbardziej uderza jedno:
brak reakcji.
Brak zdecydowanych działań.
Brak odpowiedzialności.
Brak przyznania, że sytuacja jest poważna.
A konsekwencje są nieuniknione
Ten mechanizm zawsze wygląda tak samo:
mniej lekarzy,
mniej pacjentów,
mniej pieniędzy,
coraz słabszy ośrodek.
A na końcu?
Prywatyzacja.
Wyższe koszty leczenia.
Większe obciążenie dla mieszkańców.
To dotyczy każdego
To nie jest polityka.
To nie jest spór urzędników.
To jest kwestia tego, czy:
w nocy ktoś przyjmie Twoje dziecko,
ktoś pomoże Twoim rodzicom,
ktoś będzie dostępny, gdy naprawdę będzie trzeba.
Pytanie, którego nie da się uniknąć
Ile jeszcze musi się wydarzyć, żeby ktoś w końcu powiedział:
„tak, zawiedliśmy – i zaczynamy to naprawiać”?
Bo czasu na kolejne błędy po prostu już nie ma.
Państwo "radni" Wy umiecie jeszcze mieć zdolność rządzenia czy jesteście tylko pacynkami burmistrza ?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz